Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Proaktywność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Proaktywność. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lipca 2016

Tęczowa chmurka i kolorowe kredki

Ciężkie to czasy nam nastały. Świat jaki znamy zaczyna odchodzić w niebyt, więc jak tu uskuteczniać duchowe fiozofowanie. Cóż od zawsze uważam, że praca u podstaw to... podstawa i należy zacząć od siebie i swojego małego światka, żeby po jakimś czasie (nie podejmę się nawet szacowania po jakim) zacząć zmieniać świat. Dlatego choć trochę chorobliwie śledzę poczyniania współczesnych idiotów, żeby nie powiedzieć jednokomórkowych islamskich ameb, to skupiam się na sobie i swoich sprawach. A moją sprawą jest moje życie. Pies wie, kiedy ono się skończy. Zawsze była to terra incognita, ale teraz serio nie znamy dnia ani godziny. Powiało trochę grobowcem w klimacie memento mori, zaszpanowałam znajomością łacińskich sformułowań, ale czas przejść do sedna. Bo przecie pływam na kolorowej chmurce!!

Bez jaj, tak mi powiedziano w pracy. Że pływam na tęczowej chmurce, co oczywiście z automatu jest nierealne bez różnej maści środków wspomagających. A mnie tak naprawdę wspomagają moje własne myśli. Ale ja nie o tym teraz. Skoro mowa o kolorach to to oto co mi przyszło niedawno do głowy. 

Że każdy jest kowalem własnego losu to wiadomo. Albo i nie. Jak jest naprawdę przeczytasz TUUU. Kolorowa metafora jest następująca. Kolorów jest chyba nieskończona ilość. A jak skończona to w kij ogromna. Więc mamy nieskończoną ilość kolorowych kredek. Każdy człowiek dostaje swoją pulę. Jeden większą inny mniejszą. Jeden ma więcej kolorów do wyboru, inny idzie w szarość albo i w czerń. No różnie. Ale są trzy ale.


1. Pierwsze ALE: tylko i wyłącznie od nas samych zależy co tymi kredkami narysujemy. Na ile to będzie ciekawe i zawiłe, na ile urozmaicone, na ile odważne. No i czy to będzie trupia czacha czy kwiatek - upraszczając na maksa. 

2. Drugie ALE: tylko i wyłacznie od nas samych zależy ILE z tych kolorów wykorzystamy! Ktoś będzie miał wesołe kwiatki w odcieniach szarości i ok. Ktoś będzie miał czachę i robaki w pełnej gamie kolorów. Pies wie co to znaczy, może wesoła mina do złej gry, a może walkę mimo wszystko? Jeszcze kto inny namaluje sobie życie marzeń pełne pięknych skrzących barw. 

3. Trzecie ALE: niektóre kredki są wredne i wydają się kolorowe. Czasem nie poznasz, że tylko udają, ale jak tylko to zauważysz - uciekaj. Bo za chwilę wyblakną i będą sino-brązowo-zgniłe!! Szkoda czasu na coś co nam nie daje szczęścia!!!!


A może ktoś... a może WIĘKSZOŚĆ z nas używa tylko grzecznych i powszechnych kolorów, do namalowania nawet pięknych rzeczy ale jakże nudnych tylko dlatego, że turkus będzie się gryzł z fioletem? Albo złotolazuroworóżowy będzie zgrzytać z miętowomorelowym? Ale czy będzie na pewno? A może wcale nie, ale tylko się tego boisz? Skąd masz wiedzieć, skoro nigdy nie spróbowałeś?

Tak wiem, że pewnie teraz w głowie Ci klekocze "rzegam tęczą, rzygam tęczą". Ja nie rzygam tęczą tak o na co dzień, tylko czasem. I bardzo mnie to cieszy! Wolę to niż bać się, że nie zniosę tyle lukru.



Boję się owszem, ale szarego życia i łez na łożu śmierci. Że gdzie jest kurwa moje życie?? Przeleciało przez palce?!?!

Ja kocham metafory. Nie wiem jak inni choć z tego co obserwuję to nie jest super powszechne. Zawsze tak było, ale dopiero na studiach coachingowych sobie to uświadomiłam. W szkole kieeeedyś uczono mnie, nas, że najpierw się skomplikowane równania fizyczne wykonuje na niewiadomych x, y, z... a dopiero jak już zminimalizujemy ich ilość i uprościmy wzór - podkładamy dane. Tak samo jest z metaforami. Pracując na nich jesteśmy w stanie zajrzeć dużo głebiej niż nazywając rzeczy po imieniu. Co ciekawe nawet osoby, które ne były w stanie opisać stanu rzeczy po polsku, nagle metaforą potrafiły - wiem z autopsji. 

Cieszę się jak głupia, że mam do metafor tak swobodny i łatwy dostęp. Często zaglądam do Narni.


poniedziałek, 4 stycznia 2016

Jak to jest z tym kowalem swojego losu?

Każdy zna powiedzonko "jesteś kowalem swojego losu". Czy rzeczywiście tak jest? Czy rzeczywiście każdy, także Ty, może osiągnąć dokładnie to czego pragnie i spełnić swoje marzenia? A co z kataklizmami, chorobami, mordercami? Przecież na to człowiek nie ma wpływu. Trudno mówić, że mieszkańcy Japonii są winni katastrofy, jaka dotknęła ich w 2011. 

Z drugiej strony podjęcie 100% odpowiedzialności za swoje własne życie jest punktem wyjścia do osiągnięcia sukcesu. Stanowi absolutny fundament, na którym zbudujesz życie o jakim marzysz. Do tematu należy zatem podejść śmiało i z wiarą, zachowując jednak pewien dystans. 

Musisz zatem zdecydować, że to Ty odpowiadasz w 100% za swoje życie, ale tylko, ni mniej ni więcej, za to na co masz realny wpływ. A na co mam realny wpływ - zapytasz?

Po pierwsze odpowiadasz za swoje czyny. To Ty decydujesz czy spędzisz wieczór ucząc się czy oglądając Top Model. To Ty decydujesz czy zjesz hamburgera czy sałatkę. Proste.

Po drugie odpowiadasz za to jak reagujesz na czyny innych. Decydujesz czy dasz się wpędzić w poczucie winy, czy pozostaniesz pewny siebie wiedząc, że nic złego nie zrobiłeś. Decydujesz czy po stracie pracy popadniesz w alkoholizm, czy uruchomisz wszelkie możliwe triki, by znaleźć nową i lepszą. Też proste.

Po trzecie pośrednio, podkreślam pośrednio, odpowiadasz za to co dotyczy Twoich bliskich i innych ludzi. Każda akcja rodzi reakcję, to pewne. Nie zawsze jednak ta reakcja jest zgodna z Twoimi oczekiwaniami. Twój partner nie sprząta w domu? Możesz spróbować też przestać. Sęk w tym, że na jednego zadziała to tak, że zrozumie Twą intencję i się zmieni, zaś drugi po prostu uzna, że już Ci nie zależy i ma problem sprzątania z głowy. Ryzyko. 

Proste nie znaczy łatwe. Miej tego świadomość. Jeśli spojrzysz trudnościom w oczy i się ich spodziewasz, duuuużo łatwiej je pokonasz. 

Jack Canfield przytacza niezwykle jasne w swym przekazie równanie. 

Z + R = W

Zdarzenie + Reakcja = Wynik

Czy masz wpływ na zdarzenie? Już wiesz, że nie. Czy masz wpływ na swoją reakcję? Ależ tak! To bardzo proste nawet dla osób, które za matematyką nie przepadają. Wynik jest zależny od dwóch czynników z czego tylko jeden TY możesz modyfikować. 

Mogens Jensen to himalaista i sportowiec z Danii. Obecnie jest także mówcą motywacyjnym i prowadzi własny projekt pomagając ludziom osiągać swój szczyt możliwości. Marzył o wejściu zna najwyższą górę świata, nim jednak podjął się jej zdobycia przebiegł i przejechał rowerem drogę z Danii do Obozu Bazowego pod Everestem. Człowiek z niezwykłym hartem ducha. Niestety Czomolungma go pokonała. Odpadł zaledwie 350m przed szczytem. Czy się poddał? Oczywiście, że nie! Wrócił, by znowu zaatakować szczyt niosąc na swych barkach nie tylko ambicje i wielkie marzenia, ale także głęboki przekaz dla innych ludzi. Mogens to astmatyk, a chcąc sobie i co ważne, całemu światu udowodnić, że "jeśli chcesz, to możesz" postanowił wejść na Evrest bez dodatkowego tlenu, niewyobrażalnie wręcz zwiększając poziom trudności. Mało kto jest na świecie w stanie zdobyć szczyt bez tlenu, tym bardziej astmatyk. Jego dramatyczną walkę ze swoimi słabościami można było oglądać w fascynującej serii Discovery Channel "Everest: Beyond The Limit". Mogens spełnił w końcu swoje marzenie, musiał jednak stawić czoła wielu przeciwnościom losu, których wcześniej nie przewidział. Wykazał niezwykły hart ducha i pokazał, że to nie Z (Zdarzenie), a R (Reakcja) determinuje sukces. Gdyby astma, zimno, rozrzedzone powietrze i choroba wysokościowa (Z) były realną przeszkodą do osiągnięcia szczytu Everestu, nikt by nań nie wszedł. A weszły tysiące. Już rozumiesz jak ważna jest Twoja reakcja na to co się dzieje?

Stephen Covey genialnie obrazuje owe zagadnienia mówiąc o strefie wpływu i strefie zainteresowań. Pierwsza z nich to zbiór tych rzeczy, które możesz realnie kształtować. Druga to to co Cię interesuje, obchodzi, ale... na którą nie masz wpływu.  

Sęk w tym, żeby swą strefę wpływu poszerzać. Dopóki jesteś biednym studenciakiem na początku kariery tak naprawdę możesz kreować "tylko" swoje życie. Gdy osiągasz stopniowo coraz większy sukces zaczynasz zauważać więcej, pomagasz, działasz w wolontariacie, produkujesz towar ułatwiający życie setkom ludzi i masz wtyki w urzędzie miejskim. W końcu po latach jesteś Billem Gates'em albo Stevem Jobsem i możesz wszystko. Rozumiesz?

Są jednak pewne rzeczy, które nigdy nie będą w Twoim zasięgu. "Każdy jest kowalem swego losu" - brzmi pięknie, ale czy rzeczywiście jestem w stanie ukuć kształ jaki tylko zechcę? A czy... biedne dziecko w Afryce jest w stanie zostać europejskim biznesmenem? A czy... nienajpiękniejsza pani jest w stanie zostać miss świata? Cóż... Coś tu nie gra! Usłyszałam kiedyś niezwykle mądre zdanie.

Każdy jest kowalem swego losu, ale jeden kuje w żelazie, inny w glinie, inny próbuje coś ulepić z saharyjskiego piasku. Niesprawiedliwe. Ale zawsze, zawsze masz wybór. Może nie na miarę cara Rosji, ale masz! 

Waris Dirie udowodniła, że nawet z pozornie beznadziejnej sytuacji jest wyjście. Na podstawie swej historii napisała liczne książki, w tym "Kwiat Pustyni" zekranizowany w 2009. Kobieta pochodzi z plemienia nomadów w Somalii. Tradycje i mentalność tych ludów są niebywale dalekie od naszych. Waris również nie chciała się na wiele z nich zgodzić. Mając za sobą tagiczne przeżycia, w tym rozpacz po stracie siostry i kuzynek wskutek obrzezania stanęła przed kolejną traumą. Została zmuszona do małżeństwa z kilkadziesiąt lat od siebie starszym mężczyzną. Chcąc uniknąć tego dramatu postanowiła uciec z domu, co nawet we współczesnych czasach i europejskim środowisku jest karkołomnym pomysłem, nie mówiąc o zagrożeniu jakie czyhało na Waris na pustynnych bezdrożach. Choć na swej drodze musiała pokonać niewyobrażalne trudności, zdołała osiągnąć wielki sukces. Obecnie jest modelką, pisarką, była też ambasadorką ONZ. Wiedzie życie o jakim zdecydowana większość jej somalijskich rodaków nie może nawet marzyć. Tfu, wiedzie życie o jakim spora część ludzkości nie może nawet marzyć. Zatem... nie da się? Da się!

Nie zastanawiaj się już dłużej. Tak, masz wpływ na swoje życie. Nikt Ci nie powie co i kiedy osiągniesz, Nikt Ci nie powie czy Twoje działania przyniosą skutek jakiego oczekujesz. Ale ja Ci powiem coś w co głęboko wierzę:

Jesteś kowalem swojego losu.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Nadzieja matką głupich

Witam, 
"mam nadzieję" to chyba jedno z najczęściej powtarzanych sformułowań przez wszystkich. Mam nadzieję, że jutro nie będzie padało; mam nadzieję, że film okaże się ciekawy; mam nadzieję, że nie pożałuję tej decyzji; mam nadzieję, że dostanę podwyżkę... 

O ile w kwestii pogody rzeczywiście pozostaje nam mieć jedynie nadzieję (choć czasem czczą), o tyle w sprawie rzeczy na które mamy wpływ należałoby raczej wziąć dupę w troki niż żywić się ową nadzieją właśnie. 

Na kanwie pewnych nieprzyjemnych przeżyć, jakich doświadczyłam ostatnio, doszłam do wniosków, które można streścić wszem i wobec znanym powiedzonkiem "nadzieja matką głupich". A ja głupia być nie chcę!

Mój tok myślenia rozpoczął się od utyskiwania na zły los i ubolewania, że nie ziściły się moje nadzieje. Skonstatowałam w duchu, że zachowuję się debilnie i uświadomiłam sobie przy tym, że posiadanie nadziei zakłada sprawczość "czegoś", "kogoś innego", ale nie nas samych. Mamy bowiem nadzieję, że ktoś coś zrobi, że los się ulituje, że szef nie opierdoli, że nikt nas nie zawiedzie. Oddajemy przyszłość w ręce (nie)zidentyfikowanego bytu, zrzekając się przy tym naszej własnej mocy. 

Czasem owszem, może już być po "ptokach" i nic więcej jak nadzieja nam nie pozostaje. Jeśli mieliśmy w dupie pewne sprawy, to teraz konsekwencje są nieuniknione i pozostaje co niektórym wznosić modły do nieba. Ale czy taka postawa charakteryzuje osoby proaktywne? Czy taka postawa charakteryzuje osoby sukcesu, mające świadomość, że ich życie leży w ich rękach? Człowiek zdający sobie sprawę ze sprawczości swoich czynów i myśli, rozumiejący potęgę działania i własnoręcznego budowania sukcesu nie powinien moim zdaniem zawierzać jakiejś obcej sile. 

Jasne, że są sytuacje, w których zrobiliśmy (prawie) wszystko co w naszej mocy i pozostaje nam czekać na "werdykt". Niedawno byłabym skłonna powiedzieć, że to jest moment, w którym mamy prawo zacząć żywić sobie nadzieję. Ale nie, wściekłam się na nadzieję. Nie ma nadziei. Albo działasz i osiągasz sukces, albo nie osiągasz - wtedy bierzesz dupę w troki, szukasz co poszło nie tak i próbujesz od nowa. Albo się opierdalasz i wtedy wypchaj się nadzieją po uszy - to nie do ciebie jest ten tekst. Ogarnij się. 

Ja na "nadzieję" mam focha. Działanie i efekty, działanie i owoce. Albo kicha. Nadzieja matką głupich, którzy myślą, że coś im spadnie z nieba. 

Masz nadzieję, że w twojej Biedronce nie wykupili jeszcze promocyjnych gaci? Na grzyba ci ta nadzieja, nie będzie ich w jednej, to będą w drugiej. Przynajmniej trochę ruchu zażyjesz, fatygując się do dalej położonego przybytku. A jak idziesz grubo po starcie promocji i się boisz, że wykupili, to... trzeba było iść wcześniej! 

Taki przykład.

Nadzieja matką głupich, dziękuję. 

Pozdrawiam, Olga

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Leap of faith

Wymyśliłam kiedyś wątpliwie niebanalny sposób na otwieranie tekstów na tym blogu: wypunktowanie paru DOBRYCH rzeczy, które się danego dnia przytrafiły. Pytam się zatem dlaczego życie rzuca kłody pod nogi i akurat kiedy zabieram się za pisanie okazuje się, że dzień mogę zaliczyć zdecydowanie tych do podłych i plujących na prawo i lewo ironią losu?

Zastanawiałam się nad odpowiedzią zaledwie CHWILECZKĘ, ponieważ całość jest banalnie prosta. Czyż postawa osoby marudzącej na ten okropny i brzydki los jest postawą promowaną przeze mnie i wielu innych możnych tego świata? No absolutnie nie! Skoro jednak fakty są niezaprzeczalne i dzień BYŁ do dupy to i tak da się to przekuć w coś dobrego. I niechże to będzie motto każdego na tę i kolejne nadchodzące chwile waszego cudownego życia!

Więc... CO DOBREGO NA DZIŚ?
1. Udowodniłam sobie, że to we mnie tkwi siła! Niewiele jej co prawda zdołałam wykrzesać, oj nie, ale przecież praktyka czyni mistrza!
2. Przeczytałam  kilkadziesiąt kolejnych kartek najlepszej, najmądrzejszej, najfantastyczniejszej książki* jaką znam, dzięki czemu uczyniłam kolejny krok do 
S U K C E S U ! !

3. Spędziłam miły, owocny wieczór w babskim gronie, w MOIM własnym gronie z dodatkiem lodów, knedli, pysznej herbaty, muzyki i innych rozpieszczaczy, tworząc odważnie pierwsze w życiu "fiszki afirmacyjne". Ale o tym zaraz. 


CHAOS, MĘTLIK W GŁOWIE, STRACH I EKSCYTACJA
Więc siadłam z głową pełną pomysłów, myśli, obaw i inspiracji do tego stopnia, że nawet Getting Things Done wymięka, nie mogąc ogarnąć tego chaosu, mając wręcz wrażenie, że to już nie chaos, a śmietnik. No ale przecież się nie wycofam. Zaczęłam czytać Zasady Canfielda z jedną myślą od samego początku - że wierzę mu bezgranicznie. Przemagluję, przeanalizują każdą rzecz o jakiej napisał, ale każdą jedną, której nie zrozumiem po prostu zaakceptuję i uwierzę, że działa. 

Okazało się to trudniejsze niż myślałam... 

Po sympatycznym i obiecującym początku z cyklu każdy może odnieść sukces wystarczy, że będzie się trzymał tych paru prostych zasad okazało się, że to nie są zwykłe reguły niczym drogowe ot np. że na czerwonym stop, a na zakazie wjazdu nie wjeżdżamy. NIE! TO SĄ KOLOSY! To są jakieś wielkie holowniki, wywrotki, żurawie kilkudziesięciometrowe, walce do asfaltu, które wywracają, miażdżą, niszczą wszystko co sobie człowiek myślał i jak sobie żył. Wcale nie za wygodnie, nie za szczęśliwie, ale też bez tragedii... I tu nagle się okazuje, że MOŻESZ WSZYSTKO, że LOS W TWOICH RĘKACH, że trzeba sobie afirmacje robić, wyobrażać codziennie cele z najdrobniejszymi szczegółami, zapachami, uczuciami... Że trzeba pewne słowa wyrzucić ze słownika, a pewnie przygarnąć... 

I ŻE NIBY TO NAPRAWDĘ DZIAŁA??

Noo założenie było, że biorę wszystko jak leci, niczego nie odrzucam, ale... czy to naprawdę działa?? U innych może tak, ale... ŻE NIBY U MNIE? 

Ale jakiejż to trzeba odwagi! Zmienić wszystko i w tym trwać mimo, że nie będzie od samego początku różowiutko. Wyjść trzeba ze swej strefy komfortu i bezpieczeństwa. Skoczyć na głęboką wodę, ZAUFAĆ SOBIE! I Canfieldowi! I znów sobie! Byle nie całemu światu, który mówi: o s z a l a ł a ś!! 
zdjęcie z sieci

No i ja skoczę. Jeszcze nie teraz, bo dopiero dochodzę do urwiska, jeszcze mnie tam nie ma, ale dojdę niebawem i SKOCZĘ! 

Dziś właśnie czytałam o zasadzie, że sukces osiągają ci, którzy czasem złamią reguły, wyjdą przed szereg, odważą się na coś co innym nie mieści się w głowie. Autor podał kilka przykładów, kiedy goniący za swym szczęściem robili coś niewyobrażalnego, czasem na krawędzi prawa, byle tylko sięgnąć dalej, głębiej, mocniej! I im się udawało! Nie wiem co Jack ma w sobie, ale jakąś klepkę mi przestawił, coś uruchomił w mózgu, co sprawia, że nie tylko z założenia, ale naprawdę uwierzyłam, że się da. Że także MI się uda! 

Dla mnie to leap of faith. Tak jak w Far Craju 3 Jason skoczył w odmęt nieznanych wód, tak i ja muszę. Interpretowany jest jako akt wiary i oddanie się czemuś mimo braku dowodów empirycznych na sens tych poczynań. Ale... Canfield przytacza mnóstwo dowodów, więc właściwie nie ma potrzeby wierzyć w niemożliwe, bo to wszystko JEST możliwe i udowodnione, że działa! Lecz z drugiej strony, naprawdę, by przekonać mój mózg zabunkrowany w ceglanym domku OGRANICZEŃ, które sam zbudował, że wystarczy Wrecking Ball Canfieldowy i cały mur obróci się w ruinę niczym na teledysku Miley to już nie jest taka prosta sprawa! 

Póki co spisałam afirmacje na karteczkach, czując się przy tym jak dziecko z przedszkola, które wierzy w bajki albo Gwiazdora. 

LEAP OF FAITH

*Książka, o której cały tu czas pierdzielę to "Zasady Canfielda" - Jack Canfield


zdjęcie z sieci

środa, 16 stycznia 2013

PROAKTYWNOŚĆ - podstawy

Już nie pamiętam co mnie skłoniło, by podczas przeglądania biblioteczki Madzi i Michała sięgnąć po tę książkę. Coś mnie przyciągnęło i jak widać - słusznie. Mowa o książce autorstwa Stephena R. Coveya pt. "7 nawyków skutecznego działania". To właśnie jedna z tych, po których przeczytaniu moje życie weszło na zupełnie nową ścieżkę. 

Pierwszym nawykiem, jaki prezentuje Covey jest proaktywność. Nie znałam wcześniej tego hasła, a zgłębienie co ono oznacza dało wielki efekt wow. To było prawdziwe olśnienie. Życzę każdemu czytelnikowi podobnych wrażeń. Lata później, mając za sobą niezliczoną ilość lektur o podobnej tematyce zauważyłam, że cała moja wiedza łączy się w całość. Canfield wielokrotnie podkreśla jak ważne jest wzięcie 100% odpowiedzialności za swoje życie, Robbins, mówiąc najoględniej, nakazuje obudzić w sobie olbrzyma, Walkiewicz zaś upiera się, że wszyscy mamy pełną moc możliwości.

W czym zatem kłopot, dlaczego nie wiedziesz życia pełnego sukcesów? Większość ludzi zachowuje się reaktywnie, Ty pewnie też. Może nie zawsze, ale klucz jest taki, żeby nigdy się tak nie zachowywać. Na co dzień przypuszczam, że reagujesz na to co życie przynosi. Nie kreujesz, nie serwujesz, a odbijasz piłeczkę. Charakterystycznym działaniem dla tej postawy jest narzekanie i zwalanie winy na cały świat! "Zarabiam mało, bo mój szef to sknera", "Jestem gruba, bo mama mi podsuwa jedzonko", "Jestem agresywna bo mnie biła w dzieciństwie macocha", "Oblałam egzamin, bo wykładowca się na mnie uwziął", "Facet na mnie krzyczy, bo miał trudne dzieciństwo" itd. itd. itd. Znasz to? A jakże! Od dzisiaj koniec z tym! Proaktywność nakazuje: weź odpowiedzialność za własne życie, to Ty za nie odpowiadasz i zależy ono od tego co Ty robisz!!


Ale, ale, czy to jest proste? Tak, to jest proste. Acz nie jest łatwe. Poznaj dwa istotne pojęcia, bez których możesz mieć problem, żeby ruszyć dalej.

KRĄG ZAINTERESOWAŃ to wszystko to co Cię dotyczy i bezpośrednio dotyka, cieszy, martwi itd. Próbując zmienić to się w nim znajduje możesz łatwo wpaść w pułapkę, nie jesteś bowiem w stanie nic zdziałać, a nieuchronna porażka doprowadzi do osłabienia motywacji, radości życia, wiary, że masz wpływ na swoje życie. 

KRĄG WPŁYWU to wszystko to, na co masz po prostu wpływ - zawiera się on w kręgu zainteresowań, ale jest kluczowym obszarem Twoich działań. To tu wyżyj się, rób co dusza i serce zapragnie i działaj do utraty sił. Kreuj tę przestrzeń! 




Postawa proaktywna to taka, w której dajesz z siebie wszystko tam gdzie możesz i olewasz to, czego zmienić nie moższ. Łapiesz? To przejdźmy dalej. Bo chyba nie sądzisz, że strefa wpływu nie ulega zmianie do końca życia.


POSZERZANIE KRĘGU WPŁYWU
Gdy już jesteś mistrzem kreowania swojego życia na pewno zacznie Cię drażnić, że masz wpływ tylko na pewne sprawy i będziesz bardzo chciał zostawić po sobie na tym padole coś więcej. Nie ma sprawy. To co było poza zasięgiem może się dzięki Twojej pracy stać osiągalne. 
Na przykład masz pracę. Na pewno masz. Szef Cię nie docenia, to bardzo prawdopodobne. W końcu szefowie od tego są, żeby nikogo nie doceniać, wiecznie narzekać i traktować ludzi jak popychadło. Do rzeczy - zamiast marudzić, jakim to on jest palantem (postawa reaktywna), działaj! Stań na rzęsach, by udowodnić, że się co do Ciebie myli. 

Z tym że uwaga!! Staraj się, ale tylko jeśli wiesz, że warto! Po co wspinać się na sam szczyt drabiny z niemałym wysiłkiem, by na końcu stwierdzić, że oparłeś ją o niewłaściwą ścianę! 

Przy odrobinie szczęścia po jakimś czasie takie działanie przynosi rezultat i okazuje się, że stajesz się dla szefa ważny, awansujesz i oto krąg wpływu poszerza się; zupełnie nowe sprawy stają przed Tobą otworem. Więcej możesz, więcej musisz, więcej rzeczy dzieje się za sprawą Twojego polecenia. 

Pytasz: A co jeśli szef mnie jednak nie doceni? Cóż... tak czy siak zyskujesz! 
Satysfakcję, bo odwaliłeś kawał dobrej roboty. 
Poczucie, że nie jesteś biernym typem tylko masz coś do powiedzenia.
Wiedzę, bo wkładając w to wszystko tyle wysiłku nauczyłeś się wiele o sobie, o życiu, o kwestiach merytorycznych.
Doświadczenie - rzecz absolutnie nieoceniona.

CZEGO NAPRAWDĘ PRAGNIESZ?
No tak, ale dawać z siebie wszystko, wypruwać flaki w imię czego? Na początku zrób sobie selekcję, przemyśl to i owo, zdecyduj, co jest naprawdę warte zachodu. Czego pragniesz? O czym marzysz? Co jest warte wysiłku, a co lepiej pozostawić swojemu biegowi? To nie są łatwe pytania i należy poświęcić im trochę czasu, żeby para nie szła w gwizdek. To cała wielka osobna dziedzina, temat rzeka, zaledwie zasygnalizowany w kilku powyższych zdaniach. Żaden człowiek nie jest w stanie spełnić się w każdej dziedzinie, zawsze trzeba z czegoś zrezygnować. Nie da się angażować na 100% we wszystko, bo się padnie na ryj z wycieńczenia. Dlatego tak ważna jest gradacja i odpowiedź na pytanie: Czego JA naprawdę chcę!?

Pozdrawiam cieplutko!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...